sobota, 13 sierpnia 2016

Perełeczka, czyli o królewnie, która chciała jeździć koparką

Przezwyciężyłam chwilowo swą niechęć do produkcji konfekcji dziecięcej. Przyczyniło się do tego zapewne zwolnienie tempa wzrostu latorośli, dzięki czemu wymiany garderoby dokonujemy w trybie rocznym a nie, jak onegdaj bywało, w kwartalnym. To dało matce szwaczce pewien margines czasu na wykonanie projektu i nacieszenie nim oczu.

Drugim motywatorem okazał się być fakt, iż Zo ładnie wygląda w kolorach, których stosunkowo niewiele jest używanych w produkcji ciuszków dla dziewcząt. Pewnie dałoby się coś znaleźć, ale wymagałoby to sporych nakładów finansowych, których mogłabym żałować, patrząc jak Zo wylewa na siebie kakao czy siada na misce malin. Ubranka dziecięce traktuję wybitnie utylitarnie i pozwalam im się drzeć, brudzić i poniewierać. Taki ich los, więc w trosce o swoje zdrowie psychiczne nie inwestuję wygórowanych kwot w ten cel.

 Kiedy oczy moje napotkały dzianinę w pięknym, zgaszonym błękicie, zapragnęłam żywo przekształcić ją w jakąś perełkę dla córki. By się niepotrzebnie nie forsować, użyłam gotowego już wykroju na sukieneczkę z liskiem (kto nie pamięta, niech spojrzy TU). Zrezygnowałam tylko z zapięcia na karku, bo dzianina jest fantastycznie elastyczna, co jeszcze bardziej ułatwiło pracę.

 Zo jest już obecnie w wieku, w którym zaczyna sama dokonywać wyborów ubrań czy butów. Poczyna mnie to trochę martwić, bo jakkolwiek ubranka mogę nabywać na własną rękę, tak nabycie pasującego obuwia wymaga córczynej asysty. Mały szkodnik wielce się wczoraj pieklił, że nie chce błękitnych baletek wyszywanych kamyczkami, a woli te obszyte cekinami we wściekłej barwie fuksji.

 Nie udało nam się osiągnąć konsensusu w tej ważkiej kwestii (żadna z nas nie ustąpiła i wściekle a zawzięcie trzymała się swoich wyborów estetycznych), więc sklep opuściłyśmy bez butów, za to unosząc bardzo realistycznie wyglądający model śmieciarki. Okazuje się bowiem, że moja mała miłośniczka różu z całego królestwa brokatowo-pastelowych zabawek wybrała sobie pomarańczową śmieciarkę. Dołączyła ona do naszej pokaźnej kolekcji koparek i garażu z miliardem resoraków.




O to jedna z ulubieńszych książeczek mojej dziewczyny, prezent od naszego kierownika budowy:D



sobota, 26 marca 2016

Zając wielkanocny

Lalę-chłopca nabyłam pod wpływem uczuć mieszanych, wśród których o prym walczyła litość z rozczuleniem. Leżał sobie goły, jak go Chińczyk stworzył i wpatrywał się we mnie tymi mało rozgarniętymi, acz poczciwymi ślepiami. Mimo iż twarzyczka sugerowałaby lekkie ubytki w garniturze chromosomów, to jednak postanowiłam przygarnąć biedne stworzenie, zwłaszcza, że po bliższym przyjrzeniu się zauważyłam, że dysponuje pępkiem. A to wielki atut w oczach Zofii, małej fetyszystki.

Jako że Wielkanoc za pasem, postanowiłam z lali-chłopca zrobić suplement podarku świątecznego. Prezent główny, hulajnoga,  został nabyty po zebraniu haraczu od licznych babć i dziadków, jednakoż nie chciałam stawiać wszystkiego na jedną kartę. Mogłoby się przecież okazać, że moje dziecko, mimo zafundowanych przez matkę długich godzin oglądania na YouTube dzidziusiów na hulajnodze, (trzeba być lisem i lwem!) w decydującym momencie strzeli focha i nie spojrzy przychylnie na dar. Swoją drogą, obczajcie tego dzidziola, on jest naprawdę pro! Zofia zasila jego fanklub.

Kolorystyka została zdominowana przez prezent główny. Materiał - dwa rękawy dwóch różnych swetrów, nabytych w szmateksie, po złotówce każdy. Powstały gacie na ściągaczu, elegancki sweterek (:]), i czapka z króliczymi uszami. Szycie tych małych ściągaczków było mocno upierdliwe, więc postanowiłam sobie resztę roboty w miarę możliwości ułatwić. Rękawy sweterka skroiłam z całości i spodnie mają pumpowy kształt.

Efekt napawa mnie zadowoleniem. W duecie z nierozgarniętym chłopcem-zajączkiem występuje równie bystry zajączek-konewka, który to dopełnia prezent-suplement mojej matki, która też nie ma duszy hazardzistki i kupiła Zofii zestaw grabi i łopat ogrodowych. W efekcie tych skomplikowanych i piętrowych suplementacji Zajączek w tym roku będzie na bogato.






Wesołych, drodzy Czytelnicy!
Follow my blog with Bloglovin

piątek, 11 marca 2016

Sukienka w kolorze skorupki jajka

Wyznam Wam wstydliwą prawdę - rzadko szyję wersje próbne. Przy deficytach czasu wolnego, wydaje mi się to okrutnym spowolnieniem i czymś, co mój dziadek nazywa dość trafnie "próżny futer". Nie skutkowało to do tej pory jakimiś wielkimi katastrofami, a dawało mi szybkie rezultaty w postaci nowego ciucha. Nie lubię zbyt długo planować, najczęściej zaczynam coś i patrzę, co się będzie działo dalej. To moja strategia na wielu polach (w tle słychać cichy, ale wyraźny odgłos bicia się w piersi).

Jednakoż po ostatnich moich przeżyciach z sukienkami oświadczam oficjalnie, klnę się i zarzekam - żadnego szycia bez próbki. Burda ostrzegała lojalnie przy tym modelu - jest ci on dopasowany, bardzo przylegający do ciała. Zaprawdę, nie wiem o jakie ciało chodziło, ale pewnym jest, że nie o moje własne. Sukienka przylega mi głównie na szczytach ramion a poniżej lata swobodnie i o żadnym ciele nic nie wie.

Dokonałam koniecznych zwężeń, zmniejszeń, skróceń i skurczeń (zwłaszcza rękawy!) i rezultaty prezentuję na fotografiach poniżej. Szal pełni funkcję utylitarną, to jest maskuje pierońską gniotliwość tkaniny. Prasuję, prasuję i nim powieszę na wieszaku, mam już pierwsze jaskółki zagnieceń. Tkaninowe zakupy przez Internet, znacie to zapewne:)


O, właśnie!
Dawać szal!
Tak lepiej:)


Czas na podsumowanie:
1. Uroczyście postanawiam szyć pilnie i bezwzględnie zawsze muslin.
2. Klnę się, że zwrócę każdy materiał, który choć odrobinę uchybi moim standardom.


A tak na marginesie, to grandaszyje to mój nick na Instagramie. Może zapełni choć trochę pustkę między publikowanymi przeze mnie postami:)