czwartek, 1 lutego 2018

Jak do tego doszło?! Czyli moja szyciowa historia

Dziś przedstawiam Wam siebie i swoją szyciową historię w ramach instagramowego wyzwania #zszyciawziete. Na Insta znajdziecie mnie pod tajemniczym nickiem grandaszyje:D

Pierwszą rzeczą, którą uszyłam, były kapcie dla psa. Liczyłam podówczas maksymalnie ze sześć wiosen. Zdjęta litością nad losem Miśka, któremu na mrozie okrutnie marzły łapy (a przynajmniej ja tak przypuszczałam), postanowiłam ulżyć jego psiemu losowi. 

Droga od pomysłu do realizacji nie była długa. Materiał pozyskałam, tnąc swe welurowe leginsy we fluorescencyjne maziaje (to były czasy, to była moda!). Forma powstawała na bieżąco, według moich wyobrażeń co do kształtu psiej łapy. Z dumą i przejęciem udałam się do babci, unosząc gotowe dzieło rąk własnych, maksymalnie sześcioletnich. Wzruszenie zamgliło mi wzrok, bo oto czas wspaniały dla Miśka nastał, termika łap już nigdy nie będzie ta sama. Oczyma sześcioletniej wyobraźni widziałam, jak Misiek w spazmach radości zamiata ogonem i otacza mnie dozgonną wdzięcznością, skomląc cichutko z rozkoszy. Pewnie się domyślacie, jak wyszło.
Jak zawsze:D, czyli ogon z tyłu.

Misiek odczekał całą nanosekundę, skamieniały w zdumieniu, po czym w spazmach (ale chyba nie radości) rozpoczął rozpaczliwe zmagania, mające na celu wyeliminowanie z łap welurowego cudu termiki. W tym czasie serce me pękało na milion kawałków, a krawiecka kariera zwijała się jak asfalt w pewnej zabawnej miejscowości.

Niestety nie posiadam dokumentacji fotograficznej ani bucików, ani reakcji Miśka na dar serca, ale psia natura jest niezmienna, więc możecie sobie wizualizować całe zajście na podstawie fotografii, na której wbiłam Miłkę w zimowe wdzianko. Różowe. Z polaru. Ciepłe. Niewdzięczna, na załączonej fotografii usiłuje wyswobodzić się z szałowej narzutki, jednocześnie wzrokiem komunikując mi pełne urazy zdumienie z elementami niedowierzania i wyrzutu.



Kolejnym moim krawieckim postępkiem, równie udanym jak pierwszym, było uszycie spódnicy. Niestety, umysł mój małoletni nie ogarnął zagadnienia zaszewek, więc w plaskaty wytwór tyłka wcisnąć nie zdołałam. To niepowodzenie ostatecznie odstraszyło mnie na jakiś czas od szyciowych przygód. 

Następna próba miała miejsce, kiedy spełniło mi się piętnaście wiosen. Przedsięwzięcie różniło się od poprzednich, gdyż zwieńczone było pełnym sukcesem. Otóż, uszyłam sobie bikini! W miesięczniku dla dziewcząt zamieszczono wykrój, więc tradycyjnie rozparcelowałam element dolnej garderoby, tym razem elastyczne spodnie (to były czasy, to była moda!), pokroiłam i szyłam pracowicie ręcznie, siedząc w tipi na ogródku (sic!) Trochę to trwało, ale kostium się udał i nawet uratował mi na wakacjach życie, kiedy sklepowemu stanikowi od kostiumu rozpadło się zapięcie.

Uskrzydlona powodzeniem potrzebowałam tylko pięciu lat, by ponownie pochylić się nad szyciowym projektem. Tym razem z rozmachem szyłam na maszynie, starym Łuczniku, co to miał fochy i fumy i niezrozumiały montaż nici dolnej w bębenku. Owocem mych zmagań była torebka, całkiem udana, jeśli nie patrzyło się szczególnie blisko. Ja jestem krótkowidzem, więc byłam wniebowzięta. TU możecie sobie obejrzeć, ale mrużcie oczy


Niestety, po tak spektakularnym sukcesie popełniłam niewybaczalny błąd, który znów zahamował rozwój mej krawieckiej historii na blisko rok. Kupiłam sobie własną maszynę do szycia, pech chciał, że z niewiadomych względów był to Łucznik. Próby szycia na atrapie skutkowały napadami szału, zniechęcenia, złorzeczeń, nieprzychylnych komentarzy w stronę producenta, nienadających się do publikacji nieprzychylnych opinii wygłaszanych tonem wzburzonym. Po rocznej szamotaninie reklamacyjnej, pozwoliłam sobie wreszcie kupić sprzęt, który działał. Ciąg dalszy historii znajduje się w archiwum bloga:)

2 komentarze: