niedziela, 3 stycznia 2016

Kaszmirowy pokrowiec na ogrzewacz do rąk w formie kociego łba

Wielu rzeczy nie zdążyłam uszyć, wielu rzeczy zapomniałam spakować, ale artefakt najzupełniej zbędny i absurdalny powstał na czas i trafił do walizki - kaszmirowy ogrzewacz do rąk w formie kociego łba.

Na cóż on komu pozostanie tajemnicą nieodgadnioną, ale jego fenomen zatrząsł posadami mojego paraminimalistycznego światopoglądu. Szykując się do weekendowego wyjazdu w góry postanowiłam spakować się wedle minimalnego klucza i wskazówek "travelling light".

Naczytałam się wiele w przeciągu istatnich lat o zaletach tego podejścia i wreszcie postanowiłam to sprawdzić. A poza tym, wycieczka miała się odbyć moim własnym małym auteczkiem, którego cały bagażnik zajął wózek Zo, a pół tylnej kanapy fotelik z samą Zo i miliard pluszaków.

Skomponowałam sobie zatem garderobę w formie puzzli. Postanowiłam bohatersko przeboleć pokazanie się na kolacji po dwakroć w tej samej sukience. Wygrzebałam z czeluści półki łazienkowej próbki kremów i innych mazideł w małych saszetkach. Stwierdziłam, że jedna odżywka do włosów mi wystarczy, no i przecież dwa dni można wytrzymać bez masła do ciała.

Otóż można. Ale co to za życie.

Pierwszego wieczora moje dziecko, spożywszy uprzednio posiłek o tłustym wykończeniu, wtuliło się z wielką czułością w moją jedyną sukienkę (napady czułości u Zo zdarzają się zadziwiająco często, gdy ma brudne rączki).
Próbki kremów okazały się w większości do bani - jeden z nich był tak silnie matujący, iż miałam wrażenie, że moja skóra twarzy jest związana w kucyk gumką recepturką gdzieś z tyłu głowy, a na twarzy mam gipsową maskę.
Potrzeba nawilżenia skóry po basenie była tak wielka, że musiałam wysmarować się balsamem Zo, który pachnie nijak, z lekką nutką rybną.
Usiłowałam też zmyć tusz do rzęs mydłem marsylskim, co doprowadziło mnie do łez i rozpaczy, które to uczucia potęgowała jeszcze mała dzieczynka, wbijając mi swoje pięty w moje śródstopie i usiłująca się wspiąć po matce, wbijając pazury w gołe ciało onej i wieńcząc swe wysiłki uderzeniem łbem w umywalkę (tu następuje pandemonium i mam ochotę wyć z Zofią w duecie).

To był dzień pierwszy. Dnia drugiego byłam już w Rossmanie, unosząc do kasy krem do twarzy, masło do ciała, płyn micelarny i wszystko inne, co było w promocji.

Wróciliśmy bogatsi o lajfstajlowe przemyślenia. Mnie życie nauczyło, że jeśli się zastanawiasz, czy brać daną rzecz, to znaczy, że trzeba ją zabrać i wziąć jeszcze jedną zapasową. Mój mąż właśnie przegląda oferty kupna SUVa. A Zofia nie ma żadnych rozterek. Podróżuje z taką ilością pluszaków, ile mieści się w jej małych łapkach. Transport pozostałych deleguje na matkę i osoby trzecie.



Kaszmirowy ocieplacz do rąk z nami pojechał, ale łba swego z torebki nie wychynął. Pogoda w Zakopanem była iście wiosenna. Może obecnie, w obliczu miłościwie panujących nam temperatur ujemnych, wykaże się swymi właściwościami.

Powstał z rękawa uszkodzonego kaszmirowego swetra, więc w dotyku jest ekstremalnie miły. Uszka i nosek zostały namalowane farbą do tkanin, a wąsy wyhaftowane srebrną nitką. Zamyka się na cienki rzep, który czepia się bezpośrednio dzianiny. O taki:


Uszycie takiego pokrowca na ogrzewacz jest szybkie. Wystarczy prostokątny kawałek dzianiny złożyć na trzy i pamiętać, by górna część nachodziła na dolną. Pamiętać trzeba przy tym, by krawędzie zamknięcia wykończyć - ja zawinęłam i przestębnowałam dolną, a górna była wykończona fabrycznie, co dodatnio wpłynęło na walory końcowe.
Na lewej stronie rogi prostokąta zaokrąglić do owalu. Na prawej stronie górne rogi przestębnować, by powstały uszka. Wszyć rzep. Ozdobić. Nosić w torebce i mieć nadzieję, że przypomnimy sobie o nim w porę. Jeśli nie, to wiosną wyjmiemy z torebki i schowamy w głębi szafy, zapominając o nim na zawsze. Także szyjcie, bo warto. Poniżej schemat poglądowy:


Do utworzonej kieszonki wkładamy ogrzewacz (musi być w jajowatym kształcie, przypominającym co nieco koci łeb).


13 komentarzy:

  1. Granda szyj szyj ale w chwilach wolnych weź machnij jakąś książkę bo czyta się Ciebie rewelacyjnie! Cudna ocieplacz, małym nakładem pracy osiągnęłaś świetny efekt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki serdeczne! Och, te mityczne wolne chwile o których się tyle słyszy, a których nikt nie widział:)

      Usuń
  2. Tekst jak zwykle rewelacyjny. Nawet nie przejmuję się tym, że nie wiem do czego służy kaszmirowy ocieplacz do rąk. Znaczy wiem, że do rąk ale co dalej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tam w środku jest takie plastikowe, płaskie jajco z tajemniczą cieczą i jak się to ściśnie, to grzeje. Dziękuję!

      Usuń
  3. Nie no koci ocieplacz to jest to :) Fajny pomysł

    OdpowiedzUsuń
  4. Wpatruję się w ocieplacz i za nic nie dostrzegam jak to się na dłoniach nosi, poproszę może o podanie instrukcji w chwilach mniejszego zabiegania. Co do wyjazdów to często walczę z nadmiarami, ale objawia się to potem przytłoczeniem przez eleganckich gości hotelowych, gdy tym czasem ja ciągle w najwygodniejszym polarku się obnoszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polarek dobra rzecz. Na stare lata się przekonuję. Dość nieprecyzyjnie opisałam sprawę z ocieplaczem, więc edytowałam treść posta na bardziej zrozumiałą. Chodzi tu o zwykły ogrzewacz chemiczny do rąk (plastikowy woreczek wypełniony żelem), który przyoblekłam w kaszmiry dla większego komfortu i podniesienia estetyki. Chyba niechcący stworzyłam wrażenie, że opisywany artefakt jest czymś w rodzaju mufki...

      Usuń
    2. Dziękuję, rzeczywiście wydawało mi się, że łeb kotka to będzie mufka. Polarek milutka sprawa, ale nie wtedy gdy na korytarzu spotyka się inne panie ubrane coraz to w inne sukienki, ozdabiane a to etolą, a to kamizelką, chustą, tudzież kolejnym sweterkiem kaszmirowym. Psychika zaczyna dręczyć - nie pomaga nawet satysfakcja , że nie potrzebuję tragarza do wniesienia plecaka.

      Usuń